- A czy to takie ważne? - spytałam przewracając oczami.
- Tak - odparł.
- Słuchaj Tom - powiedziałam twardo, wstając - nie udawaj że coś Cię obchodzę. Jestem tylko kolejną suczką. Tak, naprawdę założę się że wolałbyś być teraz z Wiss lub Shining. Tak, wiem. Wcale nie chcesz tu ze mną siedzieć, przyznaj to. Jestem tylko kolejną suczką w Twoim życiu. Jeśli pozwolisz, usunę się z Twojego pola widzenia, zniknę jak za pomocą czarodziejskiej różdżki. Mną się nie przejmuj. Widziałam inicjały na drzewie, Ty i Shining. Rozumiem, Tom. Pozwól że odejdę, pozwól - mówiąc to cały czas się cofałam w dal, a Tom siedział ze spuszczoną głową. Mówiłam też coraz ciszej. W końcu, gdy skończyłam, odwróciłam się i pobiegłam przed siebie. Usiadłam pod jakimś drzewem. Spojrzałam w górę. Na pewno nie było to Drzewo Miłości. Nie byłam jedną z tych, co płaczą. Oparłam tylko łeb na drzewie i mocno zacisnęłam powieki. Myślami odleciałam gdzieś daleko... pożar w domu... musiałam uciekać... rodzina... została... w końcu otworzyłam szeroko oczy. Potrząsnęłam łbem. Wybrałam się do lasu. Weszłam na polanę, otoczoną drzewami, z pięknym, słonecznym blaskiem w środku. Dostrzegłam na ziemi padlinę i podeszłam do niej. Zatopiłam kły w mięsie i oderwałam spory kawałek. Połknęłam go w całości. Gdy już się najadłam, wróciłam znów pod osłonę potężnych, ogromnych drzew, które były niby olbrzymami, strażnikami tego lasu. Nagle usłyszałam szelest za sobą. Odwróciłam głowę, ale nikogo nie zobaczyłam. Pewnie jakieś zwierzę, może borsuk, albo lis? Tak, na pewno. Podbiegłam do pierwszego lepszego drzewa i wskoczyłam na najniższą gałąź. Potem na inną, a potem na jeszcze inną, aż wreszcie byłam na szczycie. Stojąc na czubku drzewa, spojrzałam w dal. Wiatr mierzwił mi sierść, a do nosa wpadały podmuchy powietrza. Otworzyłam oczy i spojrzałam bardziej w dół. Gdzieś w oddali, wędrowało stado jeleni, a ich ryki dało się słyszeć z daleka. Od czasu do czasu, pod kupką jakiś opadłych liści, przemykał lis, albo borsuk. Kilka razy, obok mojego drzewa przeszedł lis z martwą kuropatwą w pysku. Nagle z oddali dobiegło mnie czyjeś wołanie:
- Hera! Hera, gdzie jesteś!?
Tom. Jedno słowo, mogło określić to jak się wtedy czułam: masakra. Zeszłam z drzewa, i czekałam na Toma. Gdy do mnie podszedł, zawołał:
- Gdzie byłaś?
Spojrzałam na drzewo, a potem na psa. Mój wzrok mógł tłumaczyć wszystko. I tłumaczył. Był smutny, mówił za mnie: zostaw mnie. Odwróciłam się i zaczęłam odchodzić. Co się ze mną stało? Czemu ostatnio jestem taka ponura?
<Tom?>
- Tak - odparł.
- Słuchaj Tom - powiedziałam twardo, wstając - nie udawaj że coś Cię obchodzę. Jestem tylko kolejną suczką. Tak, naprawdę założę się że wolałbyś być teraz z Wiss lub Shining. Tak, wiem. Wcale nie chcesz tu ze mną siedzieć, przyznaj to. Jestem tylko kolejną suczką w Twoim życiu. Jeśli pozwolisz, usunę się z Twojego pola widzenia, zniknę jak za pomocą czarodziejskiej różdżki. Mną się nie przejmuj. Widziałam inicjały na drzewie, Ty i Shining. Rozumiem, Tom. Pozwól że odejdę, pozwól - mówiąc to cały czas się cofałam w dal, a Tom siedział ze spuszczoną głową. Mówiłam też coraz ciszej. W końcu, gdy skończyłam, odwróciłam się i pobiegłam przed siebie. Usiadłam pod jakimś drzewem. Spojrzałam w górę. Na pewno nie było to Drzewo Miłości. Nie byłam jedną z tych, co płaczą. Oparłam tylko łeb na drzewie i mocno zacisnęłam powieki. Myślami odleciałam gdzieś daleko... pożar w domu... musiałam uciekać... rodzina... została... w końcu otworzyłam szeroko oczy. Potrząsnęłam łbem. Wybrałam się do lasu. Weszłam na polanę, otoczoną drzewami, z pięknym, słonecznym blaskiem w środku. Dostrzegłam na ziemi padlinę i podeszłam do niej. Zatopiłam kły w mięsie i oderwałam spory kawałek. Połknęłam go w całości. Gdy już się najadłam, wróciłam znów pod osłonę potężnych, ogromnych drzew, które były niby olbrzymami, strażnikami tego lasu. Nagle usłyszałam szelest za sobą. Odwróciłam głowę, ale nikogo nie zobaczyłam. Pewnie jakieś zwierzę, może borsuk, albo lis? Tak, na pewno. Podbiegłam do pierwszego lepszego drzewa i wskoczyłam na najniższą gałąź. Potem na inną, a potem na jeszcze inną, aż wreszcie byłam na szczycie. Stojąc na czubku drzewa, spojrzałam w dal. Wiatr mierzwił mi sierść, a do nosa wpadały podmuchy powietrza. Otworzyłam oczy i spojrzałam bardziej w dół. Gdzieś w oddali, wędrowało stado jeleni, a ich ryki dało się słyszeć z daleka. Od czasu do czasu, pod kupką jakiś opadłych liści, przemykał lis, albo borsuk. Kilka razy, obok mojego drzewa przeszedł lis z martwą kuropatwą w pysku. Nagle z oddali dobiegło mnie czyjeś wołanie:
- Hera! Hera, gdzie jesteś!?
Tom. Jedno słowo, mogło określić to jak się wtedy czułam: masakra. Zeszłam z drzewa, i czekałam na Toma. Gdy do mnie podszedł, zawołał:
- Gdzie byłaś?
Spojrzałam na drzewo, a potem na psa. Mój wzrok mógł tłumaczyć wszystko. I tłumaczył. Był smutny, mówił za mnie: zostaw mnie. Odwróciłam się i zaczęłam odchodzić. Co się ze mną stało? Czemu ostatnio jestem taka ponura?
<Tom?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz